8.jpg

Firmy pożyczkowe chcą wyjść z cienia

Opinia publiczna otrzymała w ostatnim okresie kilka raportów, między innymi zrealizowane przez KPF, czy PBS, Uniwersytet w Bristolu, które potwierdzają, że sektor pożyczkowy rozwija się, na jego usługi jest rosnący popyt, co świadczy, że jest potrzebny, pożyteczny. Pomimo tego pozytywnego aspektu, szybka pożyczka, chwilówka, parabanki – z tymi określeniami najczęściej kojarzone są niebankowe firmy pożyczkowe.

 

Nadal bowiem wiedza o tym sektorze kredytu konsumenckiego jest mizerna. Brak jest pogłębionej analizy, pozwalającej choćby na opisanie podstawowych różnic pomiędzy profilem klientów i charakterystykami produktów różnych segmentów tego sektora.

 

Podobnie choćby, jak to czynią autorzy znakomitego i bardzo kompleksowego raportu Uniwersytetu w Bristolu, analizującego skutki ustanowienia urzędowego limitu całkowitego kosztu kredytu na rynku brytyjskim. Tam poddano funkcjonowanie tego sektora badaniom i szczegółowo opisano profile klientów poszczególnych segmentów sektora pożyczkowego. W Wielkiej Brytanii, a podobnie w Polsce, nie jest tożsamym profil klienta chwilówek (ang. Payday loans – w Polsce m.in. Wonga, Ferratum, Vivus, Ok. Money), kredytów domowych (ang. Home credit – w Polsce m.in. Provident, Optima), czy lombardów. A tu jeszcze trzeba podkreślić, że profil sektora pożyczkowego istotnie różni się od profilu klienta bankowego. Różnice są na tyle duże, że sektory te funkcjonują równolegle ze stosunkowo małą częścią wspólną.
Rola sektora i jego wizerunek

 

Liczba klientów sektora pożyczkowego powoduje, że nikt już nie kwestionuje jego roli trwałego elementu systemu finansowego. Sektor ten funkcjonuje, co oczywiste, poza systemem regulacji bankowych, ale w ramach określonego i restrykcyjnego porządku prawnego. Mimo to, jego działalność przedstawiana jest w „czarnych barwach”. I bardzo często można odnieść wrażenie, że jest to działanie celowe. Gdy pojawiają się informacje o funkcjonowaniu sektora, to zazwyczaj towarzyszy temu problem kosztów pożyczek i to w kontekście wielu tysięcy procent. Gdy opisywany jest ich klient, to opisuje się go naiwność, ubóstwo, nieszczęśliwą sytuację życiową oraz przymusowy charakter jego wyboru I tak powstaje nieodparte wrażenie, że i firmy i ich klienci są „gorszą” częścią systemu finansowego. Takie ujmowanie tematu po części wynikało dotąd z braku dostępu do danych. Dziś takimi danymi dysponujemy i postaramy się pokrótce je przedstawić.

 

W Polsce bardzo często przez tak zwane kolorowe media, nawet przez część liderów opinii rynku finansowego, sektor ten jest przedstawiany jako naczynie połączone z sektorem kredytów bankowych. Twierdzi się przy tym, iż ten pierwszy nie może się rozwijać bez ograniczeń tego drugiego, lub tylko w oparciu o wykluczonych z rynku bankowego. A ten drugi może nie tracić klientów tylko wtedy, gdy ten pierwszy nie będzie ich pozyskiwał. Nie jest to prawdą, jak pokazuje przywołany już brytyjski raport. I podobnie, jak na bardziej rozwiniętych rynkach, najbardziej różniącą produkty cechą, jakie oferowane są przez te dwa sektory jest ich przeciętna kwota. Choć jest pewna część wspólna klientów, to jednak klient sektora pożyczkowego, w porównaniu z bankowym, zaciąga zobowiązania na względnie małe czy nawet bardzo małe kwoty i na stosunkowo krótkie terminy. I tym bardziej należy podkreślić, iż produkty sektora pożyczkowego bardziej uzupełniają niż konkurują z kredytami bankowymi.
Miejsce na rynku

 

Alarmujące do niedawna wypowiedzi, głównie z kręgów BIK (Biuro Informacji Kredytowej) na temat wręcz wykradania przez niebankowe firmy pożyczkowe klientów bankom i rosnącej lawinowo wartości zadłużania się poza systemem bankowym sprzeczne są z twardymi danymi. Wskazywano przy tym na ogromny strumień kredytobiorców, którzy przestali się zadłużać w sektorze bankowym. Sugerowano, że znalazł się on w całości w pozabankowych firmach pożyczkowych. Podkreślenia wymaga przy tym, o czym do niedawna zapominano, że duża część rynku pożyczek niebankowych została zagospodarowana przez firmy, których właścicielami są banki, a które zdecydowały się przenieść część działalności i uwolnić od nadmiernie krępującego gorsetu regulacyjnego. W języku fachowym nazywa się to „arbitrażem regulacyjnym”.

 

Pozostała część tego rynku – autonomiczna – to są firmy, które powstały i działają nie na skutek „arbitrażu”, ale motywu biznesowego. Co należy bardzo silnie podkreślić, działalność tych ostatnich w obszarze produktów w ogóle nieoferowanych przez banki wypełnia istotną lukę w podaży rynkowej. Nie dochodzi do wyparcia produktu bankowego i zawłaszczenia bankowego pola gry. Pojawiła się nowe zjawisko – komplementarność. Maleje tym samym zjawisko wykluczenia finansowego klienta sektora pożyczkowego, dotąd nieaktywnego na rynku kredytowym.

 

Polska nie odbiega w tym względzie od innych rynków np. Wielkiej Brytanii czy Danii. I tam firmy niebankowe nie znajdują się w centrum rynku kredytowego, ale zagospodarowują wolny biznesowo obszar, na który banki ze względu na wymagania przepisów ostrożnościowych nie wchodzą. I prawdopodobnie nigdy nie wejdą. Stąd udział sektora pożyczkowego wynosi nawet nie kilkanaście, ale tylko kilka procent. W Polsce dla przykładu całość sektora pożyczek niebankowych to ok 5% rynku kredytów gotówkowych, wliczając w to pożyczki typu chwilówki i pożyczki z dostawą do domu. Całość rynku autonomicznego, dla którego dostępne są wiarygodne dane, prezentowane w udostępnionym przez KPF raporcie, opisującym ten rynek w okresie 2007 – 2012, mówią o wartości udzielonych pożyczek łącznie przez Członkowie KPF i Provident w kwocie niewiele ponad 2,3 mld PLN. Dla oddania skali, całość rynku pożyczek gotówkowych, w tym reprezentowanego przez banki komercyjne i SKOK to 40,4 mld PLN (dane za KredytTrendy, BIK).

 

Średnia wartość kredytu gotówkowego to kilka tysięcy złotych, podczas gdy na rynku niebankowym to mniej niż dziesiętna bankowej gotówki, jak można ocenić na podstawie danych, pochodzących od firm zrzeszonych w KPF. Już to proste zestawienie sum jakie wchodzą w grę, potwierdza konstatację o podstawowej cesze różniącej bankowy i niebankowy kredyt konsumencki.

 

Kredyt gotówkowy w polityce banków jest „wabikiem” marketingowym. Dobrze się prezentuje w materiałach marketingowym ponieważ daje się ubrać w prosty język, przemawiający do wyobraźni. Ale jego minimalna, opłacalna dla banku kwota jest drastycznie odmienna od pożyczki niebankowej. Mała i na krótkie terminy pożyczka nie mieści się w modelu biznesowym banku. Nie wspominając już o regulacjach, chociażby ostrożnościowych, które mają zapewnić bezpieczeństwo depozytom klientów bankowych. Model biznesowy gotówkowej firmy pożyczkowej – wprost przeciwnie niż banku – zakłada w polityce kredytowej małe kwoty i większą częstotliwość ich pożyczania. Ma to swoje uzasadnienie w charakterze potrzeb konsumentów, reprezentujących niższy poziom uzyskiwanych dochodów. Ma to swoje uzasadnienie też w istocie finansowania działalności tych firm.
Klient pożyczkowy w pełni zadowolony

 

Firmy pożyczkowe pozwalają na szybkie i proste sięgnięcie po małe kwoty pieniędzy, bez których często gospodarstwa znalazłyby się w kłopotliwej i poniżającej moralnie sytuacji petenta rodziny lub znajomych. Nie jest to główny motyw sięgania po tzw. „chwilówki”, ale ważny. Dla uzyskania pełnej odpowiedzi na pytanie „dlaczego chwilówka” warto przytoczyć wyniki badań Pracowni Badań Społecznych, przeprowadzonych wśród pożyczkobiorców, a nie potencjalnych klientów. Pozwala to zderzyć doświadczenia z obrazem, kształtowanym przez przekazy medialne. Warto w tym miejscu na krótką dygresję.

 

W Danii na fali kampanii Socjaldemokracji w 2010 roku pojawiła się propozycja wprowadzenia limitu na koszty pożyczki, który miałby chronić klientów. Ale przeciętnym klientem tego rynku okazał się nie „gorszy”, ale przeciętny Duńczyk. Wbrew obiegowym opiniom, to nie ubogi i na skraju ubóstwa Duńczyk, ale dysponujący dochodem powyżej progu wyznaczonego przez zasiłek dla bezrobotnego. Ceniący sobie szybkość, wygodę i prostotę, a zmęczony natrętną czy choćby nachalną – co szczególnie mocno podkreślali Duńczycy – strategią banków, zabierającą im czas. Również wyniki badań w Wielkiej Brytanii – zwłaszcza w segmencie internetowym – burzą obraz zagubionego, niewykształconego klienta segmentu niebankowych pożyczek.

 

Wróćmy na nasze podwórko i do wyników badań PBS, przedstawionych między innymi uczestnikom II Kongresu Sektora Pożyczkowego. Przeciętny klient to osoba powyżej 30 roku życia, ze średnim lub wyższym wykształceniem, a większość z nich to „single” lub bezdzietne gospodarstwo domowe. Jeśli ktoś zakłada, że wybór pożyczki niebankowej wynikał z braku innej możliwości, to się głęboko myli – 80% badanych miała alternatywę i 30% miała dostęp do kredytu bankowego. Co do kosztu, to połowa oceniła jego wysokość pozytywnie. Lojalność deklarowana jest bardzo wysoka i wyższa niż najlepszy wskaźnik osiągnięty przez bank. 60% zdecydowanie poleciłoby znajomym skorzystanie z „chwilówki”, a tzw. NPS wynosi dla firm pożyczkowych 30 (najlepszy wskaźnik osiągnięty przez bank wyniósł 28). W prostych słowach, NPS to różnica między czynnikami „przyciągającymi” i „zniechęcającymi” do polecenia znajomym.

 

Badani przyznali, że mieli negatywny obraz firm oferujących „chwilówki”. Bo i trudno go nie mieć skoro tytuły prasowe krzyczą „lichwa”, zdzierstwo idące w tysiące procent, oszustwo! Respondenci zdecydowanie zaprzeczyli, jakoby firmy te miały na celu oszukiwanie klientów, bowiem tylko 17% podzieliło taką opinię. Doświadczenia zmieniają nastawienie, a 88% respondentów potwierdziło, że gdyby nie opcja legalnej „chwilówki” popadliby w jeszcze większe tarapaty, co potwierdza aż 96% przekonanych o tym, że bez szybkich niebankowych pożyczek ich życie mogłoby być znacznie trudniejsze. I na zakończenie – 85% respondentów stwierdziło, że oferty prezentowane są w prosty, zrozumiały sposób i 96% stwierdzało, że: „biorąc chwilówkę dokładnie wiedziałem, ile będę musiał oddać w dniu spłaty”.
Kilka tysięcy procent

 

Legislatorzy dla ułatwienia życia konsumentowi postanowili zastosować jedną miarę dla różnych kwotowo i terminowo kredytów. Wydaje się, że zapatrzeni we wzór metra z Sevre chcieliby sprowadzić finanse do wymiaru świata pomiaru fizycznego i zdefiniowali miarę uznaną za uniwersalną – RRSO (rzeczywista roczna stopa procentowa). RRSO ma stać się standardowym narzędziem stosowanym przez klienta do oceny atrakcyjności danego produktu kredytowego.

 

W Unii Europejskiej RRSO jest w użyciu w odniesieniu do kredytów konsumenckich od 1986 roku. W Polsce została wprowadzona Ustawą o kredycie konsumenckim w 2001 r. Bardzo często RRSO jest przedstawiana w taki sposób, że klient stawia na końcu pytanie: „to jakie jest w końcu to oprocentowanie kredytu?!”. Po prostu mylą miarę ze stopą nominalną. Na domiar złego czytają tytuł, w którym pojawia się RRSO rzędu kilku tysięcy procent i krzyczący: „LICHWA”. Pomijam w tym miejscu prosty fakt, że lichwa odnosi się historycznie do oprocentowania nominalnego.

 

Szukając prostoty ustawodawca nieźle namieszał w głowach. Państwo na siłę „zrobiło klientom dobrze” i jednocześnie zaniedbało edukację, nie tłumacząc do czego właściwie służy to teoretycznie chroniące obywateli narzędzie. Cel szczytny, ale jego realizacja pomimo dobrych intencji jednak wątpliwej jakości.

 

Niestety, ale RRSO stała się w pewnym stopniu fetyszem. Rzeczywiście metr długości drewna będzie tym samym metrem dla poskręcanego sznurka. I niezależnie czy pomiar ma kilka wieków historii, czy jest wykonany dziś. Ale w świecie finansów istnieje pojęcie dyskonta i nie da się tak łatwo uprościć i stosować jednej miary do wszystkich rodzajów kredytu. Bylibyśmy wszyscy zdziwieni, gdyby ktoś motywowany oburzeniem o różnicę cen, zażądał obniżenia ceny rocznego kredytu ratalnego na lodówkę do ceny kredytu hipotecznego na 30 lat… Student ekonomii czy finansów ma świadomość roli czynnika czasu i wysokości kapitału w kształtowaniu absolutnej wysokości RRSO. Algorytm RRSO jest taki, że czym niższy kapitał i krótszy czas pożyczki tym wyższy wynik jego zastosowania. Pożyczki na małe kwoty i okres dają w efekcie nominalnie horrendalnie wysokie RRSO.

 

Zilustrujemy to przykładem: 100 PLN pożyczanego przy stałych parametrach stopy procentowej (18%), prowizji (2,5%) i opłaty za kredyt (2 PLN). Ta sama kwota (spłacana w równych ratach) da nam zupełnie inne RRSO w zależności od okresu – na 1 miesiąc będzie to wielkość idąca w liczbę rzędu ponad tysiąca procent, dla 2 miesięcy wyniesie już kilkaset, a na 6 miesięcy ponad 100%. Ale nominalne oprocentowanie to nadal 18% rocznie.

 

Aż prosi się, aby przypomnieć starą angielską zasadę porównywania jabłek do jabłek, a nie gruszek. RRSO ma wartość użytecznego miernika tylko dla pożyczek tego samego rodzaju, na te same okresy i wówczas spełni rolę analogiczną do „miary metra”. Nadużyciem jest natomiast zestawianie ze sobą absolutnych poziomów RRSO dla różnych produktów. Obrazowo rzecz ujmując i pozostając w konwencji anglosaskiej 1 kg jabłek i 1kg gruszek to nie to samo, chociaż miara masy jest prawidłowa. W materii tak wrażliwej dla percepcji jak pieniądze wysokość kosztu pożyczania jest bardzo istotna. Jednak czynienie z RRSO idealnego narzędzia porównywania wszystkiego co jest pożyczką lub kredytem jest zbyt daleko idącym uproszczeniem.

 

Gra interesów – priorytet limitu kosztu czy licencjonowanie?

 

Ostatnio nasiliła się dyskusja między uczestnikami rynku finansowego na temat jednej z rekomendacji Komitetu Stabilności Finansowej, w której postuluje się wprowadzenie limitu na całkowity koszt kredytu, wyrażonego jako RRSO. Sam zaś limit byłby wielokrotnością stopy lombardowej NBP. Oczywiście, że wprowadzenie takiego limitu miałoby bardzo poważne konsekwencje dla rynku. W zależności od tego, jaki byłby mnożnik, firmy na nim dziś obecne przetrwałyby lub wycofały się z rynku. Największe znaczenie ma to oczywiście dla „chwilówek”, dla których niekorzystnie działa matematyczna formuła i czynnik czasu, na jaki udzielany jest kredyt. Wyżej pisaliśmy o tym jak złudne jest założenie, że RRSO w sposób prawdziwy oddaje koszt wszystkich kredytów.

 

Polski rynek niebankowy ma swoją specyfikę. Składa się z dwóch podstawowych elementów – autonomicznego i arbitrażowego, o czym pisaliśmy na wstępie. Ale nie na tym zasadza się jego wyjątkowość.

 

W elemencie autonomicznym mamy coraz silniej konkurujące ze sobą firmy szybkich pożyczek gotówkowych (Vivus, Wonga, Ferratum i wiele już innych) dla uproszczenia nazwiemy to segmentem „chwilówek”. I tu pojawia się zjawisko coraz większej konkurencji, która będzie skutkowała walką cenową o klienta, z korzyścią dla konsumentów.

 

Drugi segment, to ten z dostawą kredytów do domu (home credit). Na rynku kredytów z dostawą do domu – świadomie używamy tu określenie z dostawą, aby uwypuklić ich dystrybucję – działa od wielu lat Provident. Problem w tym, że nie ma właściwie liczącej się dla niego konkurencji. Zatem możemy mówić jeśli nie o pozycji monopolistycznej, to na pewno zdecydowanie dominującej. Nic zatem dziwnego w postawie „cichej” akceptacji tej firmy wprowadzenia limitu na RRSO. Limit zapewne nie będzie narzędziem do intensyfikowania konkurencji, a raczej źródłem bariery wejścia na ten rynek. A w konsekwencji może utrwalać dotychczasową strukturę podmiotową.

 

Provident niedawno ogłosił nową strategię, zgodnie z którą jedynym polem jego gry jest rynek kredytów ze względnie dłuższym okresem zapadalności i wyższymi kwotami, oddalając się od segmentu chwilówkowego, a zbliżając się w pewnym sensie do bankowego. Jak w tych realiach braku lub niewielkiej konkurencji znaleźć porównanie dla produktu, jego ceny i innych elementów, składających się na koszt w przypadku tak różnych produktów, jak chwilówka i pożyczki z dostawą do domu? Jak wobec tego stwierdzić, czy cena jest konkurencyjna skoro kredyt z dostawą do domu to zupełnie inny niż ten internetowy czy w filii firmy pożyczkowej? Co z RRSO, do czego odnieść by zweryfikować, czy jest to cena „fair” i kształtowana w oparciu o „prawdziwy koszt pożyczania” (true lending cost)?

 

Wypowiedzi Providenta (właścicielem jest brytyjski International Personal Finance) w Polsce w temacie restrykcji cenowych wydają się znacznie różnić się od postawy jej brytyjskiego właściciela, prezentowana na rynku macierzystym. Gwoli przypomnienia – a może wskazówki w Polsce – to rynek „home credit” sprowokował dyskusję w Wielkiej Brytanii o limicie stopy procentowej kilka lat temu. I nie było wówczas głosu akceptacji dla tego pomysłu ze strony właściciela polskiego Providenta, tak samo zresztą jak samej firmy Provident. A konkluzja, jaką postawili autorzy raportu Policis kilka lat temu była w pełni, i zasadnie merytorycznie, podzielana także przez Provident. Na ten sam raport nadal powołują się autorzy raportu Uniwersytetu w Bristolu, który stał się merytorycznym uzasadnieniem dla rządu brytyjskiego o odrzuceniu limitu całkowitego kosztu kredytu, który w największym stopniu dotknąłby na rynku brytyjskimchwilówek. Pewnie także kredytu z dostawą do domu na okres zbliżony do pay day loan (nasza rodzima chwilówka), z jakim można spotkać się w Wielkiej Brytanii.

 

Właściwie można stwierdzić, że jest to unikalna sytuacja, gdy firma nie protestuje przeciw nieuzasadnionym merytorycznie restrykcjom cenowym. A z taką mamy do czynienia w postawie Providenta w Polsce. Również stawiany przez nią priorytet „licencji” nie mieści się w tradycyjnie pojmowanym kanonie mechanizmu rynkowego, a przedstawiany jako priorytetowy dla Providenta.

 

W tym miejscu pojawia się przecież zasadnicze pytanie o podmiot wydający licencję i głównie jej warunki. Bez wiedzy o tych dwóch elementach zadziwia entuzjazm. I znów licencja trudniej daje się pogodzić z konkurowaniem niż rejestrowanie działalności. KPF, która reprezentuje interesy firm pożyczkowych (Provident należał do KPF do końca lutego 2012 roku), bardzo aktywnie działa na rzecz wdrożenia nowych przepisów prawnych, wymagających właśnie rejestrowania działalności pożyczkowej. Rejestr i określone warunki, jakie musi spełniać firma pożyczkowa (kapitałowe, formy organizacyjno-prawnej oraz od strony corporate governance) nie idzie wbrew konkurencji na tym młodym rynku. Przeciwnie – wzmacnia ją. A to jest droga do wzmocnienia zaufania do sektora w długim okresie, pozwala wreszcie wyjść z cienia podejrzeń o etycznie wątpliwy interes. Z drugiej strony może to rozwiązanie pomóc w wykluczeniu z rynku tych, którzy prowadzą działalność na granicy prawa, czy nawet je przekraczając. Brak rejestru bardzo znacznie to utrudnia.

 

dr Mirosław A. Bieszki

 

Źródło: Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce

Napisano 3 czerwca 2013 o godzinie: 10:37, Kategoria: Pieniądze

Podobne wiadomości:

  • No related posts

Dodaj własny komentarz